czwartek, 6 marca 2014

Migawka z parku Buttes Chaumont

Pierwszy marcowy spacer dostarczył mi niespodziewanych, wiosennych zachwytów. Mentalnie będąc nadal w lutym, melancholizując się wciąż jeszcze odrobinę z powodu zimy, która nie nadeszła, kiedy zauważyłam, że pod moim oknem zakwitła na biało mała, dzika czereśnia, doszłam do wniosku, że pospieszyła się tak samo jak w zeszłym roku (wówczas kilka dni później jak niepyszna została szczelnie przysypana niespodziewanym śniegiem). Dlatego też zaplanowany w ostatniej chwili niedzielny spacer po parku Buttes Chaumont wprawił mnie w lekkie osłupienie. Jak najbardziej pozytywne zresztą. Najwyraźniej nie tylko moja mała czereśnia poczuła zew wiosny! W rzeczonym parku (wielce malowniczo położonym na terenie dawnego kamieniołomu) nawet stateczne, dorosłe drzewa, nie wyglądając już dłużej zachęt, okryły się całe białym i różowym kwieciem. Na jednym z nich, z rozłożystymi, grubymi gałęziami tuż przy samej ziemi, spotkaliśmy nawet piknikującą parę, która jakby nigdy nic rozsiadła się na konarach, w powodzi różowych kwiatków. Całości błogiej, niedzielnej atmosfery dopełniał młody saksofonista, który przycupnął na jednym z pagórków i grał w najlepsze. Nie wychodziło mu to zresztą najlepiej, być może udał się tam poćwiczyć, by dać odetchnąć sąsiadom. Ale nie szkodzi. Bynajmniej nie odbierało mu to uroku.

******

PS. Niestety nie uraczę P.T. Czytelnika żadnymi zdjęciami tych czarownych chwil, gdyż moja lustrzanka od dawna kurzy się na półce i czeka na lepsze czasy. A tamtego popołudnia, by nic nie zakłócało sielanki, nawet mój telefon odmówił posługi. Pozostawiam więc drogiemu Czytelnikowi szerokie pole do wyobraźni. A na pocieszenie mały kwiatek dowodzący mentalnej wiosny, widziany wczoraj nieopodal uniwersytetu. 



wtorek, 18 lutego 2014

Śnieg w Barcelonie

Ostatnie sobotnie przedpołudnie spędziłam w towarzystwie pewnej uroczej Hiszpanki pochodzącej z Barcelony. Już sam fakt konotacji z tym wspaniałym miastem na wstępie gwarantował jej spore pokłady mojej sympatii. A już zupełnie urzekło mnie to, że jej imię Nieves po hiszpańsku znaczy "śnieg". Zachwyca mnie idea, że ktoś może nosić takie imię. A tym bardziej ktoś pochodzący z kraju kojarzonego raczej ze słońcem i plażą, a nie z zimowymi pejzażami. 

Być może mój zachwyt był tym większy, że chociaż już powoli wyglądam wiosny, wciąż jestem niesyta tej bieli i skrzypiącego śniegu pod butami, którymi nie dane mi było nacieszyć się w tym roku. Zostawiam więc P.T. Czytelnika, być może podzielającego moją zimową melancholię, z kilkoma pocztówkami z zupełnie niezimowego Paryża, który mimo wszystko nadal dumny i piękny.




niedziela, 8 grudnia 2013

Montmartre niedzielny

Spacerowanie po tym wzgórzu, zwłaszcza w słoneczne, późnojesienne popołudnia, jeszcze mi się długo nie znudzi.










wtorek, 5 listopada 2013

Metro w różu – impresja

Dzisiaj do wagonu metra linii numer 2, gdzieś w okolicy parku Monceau, wsiadła dziewczyna z wielkim bukietem, a chciałoby się wręcz powiedzieć naręczem, wspaniałych, bladoróżowych róż. A w drugiej ręce dla kontrastu trzymała miotłę z nadrukiem w Myszki Miki. I trzonek do jeszcze jednej miotły. Wściekle różowy.



piątek, 1 listopada 2013

Spacer po cmentarzu w dwóch odsłonach



Za każdym razem, kiedy spędzam Dzień Wszystkich Świętych, (sam w sobie pełen zadumy, jak to się lubi podkreślać), daleko od rodzinnych stron, za granicą  ta odległość, zarówno od bliskich, chociaż chyba nawet bardziej od tej specyficznej atmosfery świętowania, napawa mnie zawsze pewną melancholią. 

Można się oczywiście wybrać w poszukiwaniu namiastki tej atmosfery na spacer po którymś z pięknych paryskich cmentarzy, niechże to będzie choćby wspaniały Père-Lachaise, by nie szukać daleko. Ale poza wrażeniami estetycznymi, na próżno tam szukać czegoś więcej.

Chociaż przecież są wysmakowane architektonicznie i odpowiednio nadgryzoine zębem czasu grobowce.

Są opadłe liście na omszałych nagrobkach.

I kwiaty (acz nieliczne) zostawiane przez bliskich zmarłych osób.

Ale czegoś jakby ciągle brak... Zupełnie, jakbyśmy chodzili po muzeum  miejscu pięknym, ale (jakież to przewrotne w kontekście cmentarza) zupełnie bez życia.

Rozwiązanie zagadki nadchodzi, kiedy w jednej z alejek tłum zagęszcza się, a zewsząd daje się nagle słyszeć język polski, w którym powtarzają się pytania: "Ale czy to na pewno tędy? Jesteś pewien, że dobrze idziemy?". 
Docieramy więc niechybnie do grobu Chopina, a tam całe mnóstwo zniczy! No właśnie. Jest dla mnie tajemnicą nadal niezgłębioną, dlaczego płonące świeczki tudzież znicze w roli symbolu pamięci o zmarłych są kulturze francuskiej całkowicie obce. 
A ileż to człowiek miał radości w dzieciństwie, kiedy jeszcze produkowano znicze bez wieczek, i gdy, zamiast popadać w zadumę nad przemijaniem, urządzało się z kuzynami na cmentarzu zawody, kto więcej palców umoczy w roztopionej parafinie, zanim dostanie burę od rodziców... A już ten, kto miał każdy palec umoczony w innym kolorze, zostawał niewątpliwym bohaterem dnia. Tak, drodzy Państwo, bywało i tak. 

W ramach przeciwwagi dla rozczarowania spacerem po Père-Lachaise, tudzież w ramach mniej oczywistych rozmyślań o śmierci, można się wybrać w Paryżu także na cmentarz dla zwierząt.

Jest to miejsce przedziwne, wywołujące od samego początku dość mieszane uczucia.

Na początku swojego istnienia, jak donoszą źródła, grzebano tam padłe zwierzęta zbierane z ulic paryskich. Potem jednak stopniowo zaczęli tam trafiać pupile różnych osób, chcących zachować o nich pamięć. Tudzież różnorakiej arystokracji pragnącej nawet pośmiertnie przydać swoim ulubieńcom trochę, jak to się mówi, glamouru.

Jak można sądzić po niektórych współczesnych nagrobkach, tradycja ta nie przeminęła.

Na cmentarzu oprócz licznych nagrobków psów i kotów, można zobaczyć też grób konia zasłużonego na wojnie, albo czyjejś ukochanej kury, jak głosi nagrobek po prawej.

Jest też inne ptactwo udomowione.

A nawet małpka.

Wszyscy ciekawi nowych estetyczno-filozoficznych wrażeń, tudzież mniej oczywistych miejsc do zwiedzenia w Paryżu, wystarczy, że przy najbliższej bytności w mieście światłeł wsiądą w niebieską linię metra (13) w stronę Asnières-Gennevilliers i dojadą do stacji Gabriel Peri. Voila!

wtorek, 29 października 2013

Rue des Thermopyles

Czy są tu jeszcze przypadkiem wierni i stęsknieni P.T. Czytelnicy bloga? Jeśli tak, to kajająco chciałam oznajmić, iż nieśmiało postanowiłam wznowić działalność. I tak sobie pomyślałam, że jeśli będę mniej przejmować się każdorazowym postem (nie w sensie niechlujstwa, tylko perfekcjonizmu posuniętego do manii natręctw) i nie traktować go, jakby miał być zawsze dziełem sztuki fotograficzno-literacko-blogerskiej, to może je będę tworzyć trochę częściej?

Oto minął rok, odkąd przeprowadziłam się do Paryża. Wracają wspomnienia, jak to mozolnie kompletowałam umeblowanie mieszkania - na przykład wyszukując poszczególne elementy na pchlich targach, a potem przewożąc je w metrze - między innymi lustro otrzymane w darze od pewnego krawca, tudzież fotel Ludwika XIV (ale o tym ostatnim będzie kiedy indziej, gdyż zasługuje na osobny wpis). Dzisiaj więc w tym duchu postanowiłam uczcić rocznicę swego przyjazdu i po roku spania pod byle czym, zdecydowałam się nabyć prawdziwą kołdrę (winter is coming...). Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym, porzuciwszy z nagła swój skrajny minimalizm w tej kwestii, nie wybrała największej kołdry, jaka była w całym sklepie. A potem, gdybym nie medytowała przez pół godziny nad wyborem stosownego do niej obleczenia. 

Misja na szczęście zakończyła się sukcesem, a ja przy okazji odbyłam piękny, jesienny spacer, zachwycając się po raz kolejny ulicą Termopilów (Termopilską?) po drodze. Jest to jedna z najbardziej urokliwych paryskich uliczek, sam czar, wdzięk i sielanka. A wszystko to w zamieszkiwanej przeze mnie czternastej dzielnicy, na której nijakość z lubością już od roku narzekam.


Jako neofitka Instagrama, porzuciłam w domu swą lustrzankę z nowym obiektywem i prezentuję
 tymczasem swe najnowsze dokonania telefoniczno-fotograficzne.
 




Właściciel jednego z domów uprzejmie informuje, iż, zamiast oklepanego złego psa, posiada kota
wymagającego psychoanalizy. 

W temacie będąc, kilka domów dalej na progu siedział kot, który, co prawda nie wyglądał jakby potrzebował psychoanalityka, ale raczej kogoś, kto mógłby mu wreszcie otworzyć te
niebieskie drzwi. Przez dłuższą chwilę przymilnym mruczeniem usiłował 
mnie do tego skłonić. 


I to już koniec na dziś, mili Państwo. Dbajcie o zdrowie psychiczne swoich kotów i psów!

piątek, 9 sierpnia 2013

Rozmowy kawiarniane cz. 1 – o konieczności należytej wymowy pewnych spółgłosek


Zaczyna się zwykle przez pytanie: Przepraszam, czy pani jest z... i tu następuje przegląd wszystkich jasnowłosych nacji. Gdy w końcu przypadkowy rozmówca ustala, od której z nich przynależę, rozpromienia się cały i, jak to często się zdarza w Paryżu i ogółem w północnej części Francji, z dumą oświadcza, iż ma pewne związki z Polską, tudzież zna Polaków, ba, nawet potrafi powiedzieć coś w naszym języku. I tu zwykle następuje prezentacja.

Po polsku to umiem się przywitać. Moi polscy znajomi mnie nauczyli.
Naprawdę? Zatem słucham pana.
Zaraz, zaraz, jak to było...  nieznajomy zastanawia się przez chwilę, po czym wypala radośnie:
Ssssseks!

Skonsternowana zastanawiam się, czy mój rozmówca jest typem stosującym wyjątkowo prymitywne metody podrywu, czy też ma bardzo złośliwych polskich znajomych. Odpowiadam więc zimno:
Hmm, to akurat słowo znaczy to samo, co po angielsku czy po francusku i bynajmniej w Polsce nie wypowiadamy go na powitanie...

Nieznajomy patrzy na mnie, jakby nie zrozumiał ironii zawartej w mej wypowiedzi. I odpowiada pogodnie:
Może ja to niezbyt dobrze wymawiam... To takie strasznie trudne słowo, w którym nie ma ani jednej samogłoski...

Z wahaniem pytam:
– Czy chodzi może o słowo cześć?

Nieznajomy się rozpromienia cały:
– Taaaak! Sssssseks!